Jak zostałem testerem

Luty 2017: Końcówka III semestru informatyki. Siedzę na wykładzie.

Byłem wtedy wyjątkowo skupiony na tym, co wykładowca ma do powiedzenia – to chyba przez brak towarzystwa do rozmowy. W pewnym momencie pojawił się temat jakości oprogramowania. To na tym wykładzie dowiedziałem się, że w firmach programistycznych pracują nie tylko programiści, ale także między innymi testerzy. Wtedy też pierwszy raz usłyszałem historię o porażce jednego z lotów rakietowych, którego powodem było niesprawdzenie jakiejś totalnej błahostki.

Słucham dalej… Pojawił się temat pieniędzy i możliwości – w skrócie: “[…]pieniądze może
i mniejsze niż ma programista, ale jak jest się dobrym, to i można zarobić więcej.
” A możliwości? “Firmy coraz bardziej będą stawiały na jakość, bo to jest inwestycja w brak poważniejszych problemów w przyszłości”. Czyli możliwości są. Pojawiły się jeszcze kwestie kontroli pracy programistów i tego, że tester jest “wyżej” (bo przecież sprawdza programistę…), a jeszcze do tego wszystkiego “praca testera wcale nie wyklucza programowania, bo jest coś takiego jak testy automatyczne.”  Pomyślałem wtedy: “Ooooosz Ty, mamy to“, wróciłem do mieszkania i zacząłem czytać w internecie o pracy testera.

Pierwsze decyzje

Kilka godzin wystarczyło, żebym następnego dnia zrobił coś, co mogłoby wydawać się bardzo głupie – ale nie dla mnie. Przecież naoglądałem się tych wszystkich motywujących filmów Grzesiaka, a dodatkowo na pamięć znałem fragment piosenki “Remember the Name”…

“This is ten percent luck
Twenty percent skill
Fifteen percent concentrated power of will
Five percent pleasure
Fifty percent pain
And a hundred percent reason to remember the name”

Wierzyłem wtedy w luck + spodziewałem się srogiego pain, więc miałem już 60% sukcesu!

Złożyłem wniosek o przeniesienie na studia zaoczne od IV semestru i poszedłem na miasto szukać pracy. Jadę tramwajem i nagle ukazuje mi się… znany fastfood. Pierwsza myśl: elastyczne godziny pracy = możliwość chodzenia na rozmowy rekrutacyjne.
Biorę tę robotę. W tym przypadku akurat można śmiało to powiedzieć, bo żeby tam pracować wystarczy tylko chcieć. Wszedłem więc do środka, poprosiłem panią kierownik, powiedziałem jej, że jestem dostępny na full i mogę zaczynać od jutra, bo na zajęcia już nie muszę chodzić. Godzinę później miałem już podpisaną umowę – i to o pracę! + zestawy za 2zł i nielimitowane napoje. Bajka!

Fajnie, ale co dalej?

Pierwszy tydzień pracy w fastfoodzie i jednocześnie pierwszy tydzień moich przygotowań do poszukiwania pracy jako tester był według mnie decydujący w moim przypadku, bo zrobiłem jedną mądrą rzecz: Nie aplikowałem od razu na oferty, które znalazłem w internecie. Poczekałem tydzień i poczytałem o kilku rzeczach, żeby nie spalić od razu wszystkich okazji wysyłając jakieś beznadziejne CV, w którym  np. wymienię 7 znalezionych w internecie umiejętności.

Przez ten tydzień moim jedynym zajęciem oprócz sprzedawania i wydawania gościom jedzenia było tylko jedzenie, spanie i przeszukiwanie internetu pod kątem pracy testera, szczególnie wymagań na stanowisko juniora i nauka tych rzeczy.

Była to teoria testowania i SQL – do dziś mało który kandydat zna to dobrze.
Serio – kilkudziesięciu rekrutowałem. Jest to jakaś próbka danych.

Umiałem zrobić w SQL wszystko z tej stronki: https://www.w3schools.com do Having włącznie. To samo z syllabusem ISTQB. Nie dość, że znałem teorię, to jeszcze robiłem zadania praktyczne po kilka godzin dziennie. Szukałem ich w necie na zagranicznych stronach, bo na polskich były wszędzie takie same… Eh, wszędzie ta odtwórczość. Nic od siebie…

Aplikowanie

Minął tydzień pełen nauki, więc pora na CV i zdobycie pracy!
W CV napisałem tylko, że studiuję, pracowałem kiedyś na budowie jako zbrojarz, znam teorię ISTQB, SQL’a, angielski na B1 i podstawy programowania w C++ (głównie z uwagi na studia). Wysłałem ponad 20 CV. Aplikowałem nawet na oferty, które były przeznaczone dla poziomu medium. Jedna z ofert była dla seniora, ale i tak na nią aplikowałem (jako nieliczni odezwali się!).

Minęły kolejne 2, może 3 dni… Wyciągam frytki z oleju i nagle dzwoni telefon. Rzucam wszystko i bięgnę mówiąc, że muszę siku. Oddzwaniam, ładnie się przedstawiam i słyszę panią z HR jednej z firm! Stoję przed grafikiem i mówię jej kiedy mogę przyjść na rozmowę. OK – umówione. Po trzeciej takiej sytuacji w tygodniu złożyłem wypowiedzenie… Stwierdziłem, że to musi się udać – mam już aż 3 szanse! Szans ostatecznie było 5, bo odebrałem jeszcze dwa takie telefony.

Pierwsza rozmowa

Rozmawiałem tylko z HR, a na koniec dostałem test. Miałem na niego 30 minut. Dwie strony A4. Na pierwszej pytania i 2 zadania z teorii testowania, na drugiej polecenia
z SQL, żeby napisać kilka selectów, update’ów, dopisać gdzieś słowo kluczowe + jedno zadanie
z gwiazdką: zrobić… joina. Test zrobiony idealnie pode mnie. Napisałem wszystko. Do dziś wierzę, że prawie, albo i nawet wszystko było tam dobrze, bo nie zdążyłem wrócić do mieszkania, a już dostałem telefon z odpowiedzią i ofertą – przyjąłem ją od razu i odwołałem resztę rozmów. Warunki? Kilkaset złotych więcej niż w fastfoodzie (prawie 2 tyś. mniej niż na budowie!) i umowa zlecenie… Ale jakie możliwości!

Marzec 2017: pierwszy dzień pracy. Sukces! 

Dziś tylko jedną rzecz zrobiłbym inaczej: poszedłbym na resztę rozmów. Bo ta jedna, idealna, dała mi złudne przekonanie, że mogę wszystko, a świat IT czeka na mnie z otwartymi rękoma.
Jakież było moje zdziwienie kiedy rekrutowałem się do kolejnych firm po przeprowadzce do Krakowa… Ale o tym w kolejnych wpisach.

W kilku najbliższych natomiast, możecie się spodziewać kilku porad i antyporad na 2021, czyli jak teraz szukać pracy w IT – przez te 4 lata rynek dla początkującego “nieco” się zmienił.

Zachęcam Cię do dołączenia do mojej grupy na FB, subskrybcji mojego kanału na YT, zaproszenia mnie do kontaktów na LinkedIn oraz do zapisania w ulubionych adresu tego bloga. Wtedy nic Cię nie ominie i zawsze będziesz na bieżąco.

Subscribe
Powiadom o
guest
6 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Karola

Fajna historia! Inspirująca. Gdybyś chciał kiedyś napisać o innych historiach w tym temacie to z przyjemnością podzielę się swoją- trochę bardziej skomplikowana 🙂

Luna

Fajny wpis 🙂 Bardzo przyjemnie się czyta dlatego oby tak dalej! Jako osoba doświadczona – czy mógłbyś podzielić się swoim przemyśleniem dotyczącym próby całkowitej zmiany branży właśnie w kierunku testera? Oczywiście zdaję sobie sprawę, że rynek pracy się zmienił i jest trudniej totalnemu laikowi, jednak ciekawi mnie Twoja opinia w tym zakresie 🙂

Radek

U mnie wyglądało to tak:
Skończyłem studia techniczne, dostałem się na staż do firmy konsultingowej “w zawodzie”. Pierwsze zadania były typowo stażowe (wydrukuj, zeskanuj, przynieś). W końcu dostałem zadanie. Delegacja z analitykiem do elektrowni, ja miałem sie zajmować przyglądaniem się jak rozmawiać z decyzyjnymi na instalacjach przemysłowych. Decyzją kolegi-analityka “skoro nasłuchałem się o działaniu instalacji, będę wspierał analizę otrzymanych danych”. Resztę stażu siedziałem nad tym zadaniem, w końcu jako jedyny, bo analityk poszedł do innego projektu. Zaprojektowałem algorytmy obliczeniowe do zleconego zadania. Przekazałem to analitykowi, spodobało się, poszło do implementacji. Temat był gruby, więc testy musiały być wykonane przez kogoś kto rozumie o co chodzi w zadaniu… No i zostałem testerem. To było 8 lat temu. Po drodze testowałem w projektach dla największych firm w kraju (Pewna Grupa Energetyczna, Pewien Koncern Naftowy), a teraz w finansówce. A to wszystko przypadkiem. Bo mam zacięcie do liczb. Bo trafiłem do firmy, która akurat złapała projekt, w którym analizowane były dane minutowe z instalacji.

6
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x